Kiedy nadchodzi jesień - 10 października
„Kiedy nadchodzi jesień” Dobre Kino z Kotem - autorska prelekcja dra Wiesława Kota, którą wygłosi przed seansem. Po projekcji zapraszamy do wspólnej dyskusji.
reżyseria: François Ozon
scenariusz: François Ozon
produkcja: Francja
premiera: 10 stycznia 2025
Mili Państwo,
tytuł dzisiejszego filmu „Kiedy nadchodzi jesień”, reżyseria François Ozon, produkcja francuska, rymuje się z obecną porą roku, co zapewne sprzyjać będzie jego pogodnej konsumpcji. Mamy bowiem film, którego akcja rozwija się niespiesznie, choć w rezultacie dzieło powinno się okazać niezwykle satysfakcjonujące. Film „Kiedy nadchodzi jesień” po raz pierwszy został pokazany na Festiwalu Filmowym w San Sebastian, w roku 2024.
Jeden z krytyków napisał, iż jest to „dzieło niepewne i dziwnie złowrogie”. Inny, że jest to niepokojąca symfonia emocjonalna. Dodalibyśmy, iż film jest z atmosfery melancholijny, choć nie pozbawiony sugerowanej tonacji thrillera, który cały czas czai się tu w domyśle. W każdym razie to, co cechuje ten obraz, to niejednoznaczność. Taki jest zmienny los, taka jest zmienna ludzka natura. Pewne zagadki zawiązane w trakcie przebiegu fabuły nie zostaną rozwiązane. Pojawia się w nim celowo umieszczona w samym środku dzieła fabularna luka, związana z pewnym sugerowanym tu ni to samobójstwem, ni to zabójstwem. Reżyser celowo wymawia się od ostatecznych wniosków, przesuwa je w stronę widza. Oddaje mu inicjatywę. W rezultacie mamy tutaj obraz rodzinny z przymieszką thrillera.

Jak zwykle zaczynamy od prezentacji co ważniejszych artystów, którzy kolaborowali przy naszej dzisiejszej prezentacji. Wychodzimy od pieca, od reżysera. François Ozon, kiedyś i dzisiaj nazywany enfant terrible francuskiego kina, bywa uznawany, obok Pedro Almodóvara – za twórcę, który jak nikt inny umie wniknąć i przenieść na ekran świat kobiecy. I to zaczynając od scenariusza przed dobór aktorek aż po reżyserię i montaż. W naszym DKF-ie mieliśmy do czynienia z jego pracą zatytułowaną „Wszystko poszło dobrze” z Sophie Marceau i z Charlotte Rampling. Przypominam, iż była to historia francuskiego biznesmena, który zdecydował się na eutanazję i w tym celu był eskortowany przez własne córki do Szwajcarii. Obejrzeliśmy także swego czasu jego filmy „Peter von Kant” i ”Moja zbrodnia”. W każdym z nich kobiety wypełniały ekran niemal w całości. Dwa słowa przypomnienia o artyście. Liczy sobie w tej chwili 57 lat, jako syn biologa i nauczycielki języka francuskiego, odebrał wykształcenie katolickie. Filmem zainteresował się wcześnie, kręcił mnóstwo kamerą podarowaną mu przez ojca, a z czasem studiował reżyserię filmową na Uniwersytecie Paryskim. Nie przestawał kręcić krótkich obrazów, a że miał sporą wprawę, jego dziełka pozwoliły się zauważyć i pchnęły młodego artystę w stronę filmu fabularnego. Przyjął zasadę, by przedstawiać publiczności jeden skończony film rocznie. Z czasem w swoich obrazach, a François, jako się rzekło, kręci dużo i pracowicie, stworzył własny, rozpoznawalny charakter pisma. Co i nam może się powoli ujawniać.

Film jest bardzo aktorski w tym sensie, iż reżyser zostawia aktorom, a właściwie aktorkom sporo czasu i przestrzeni na stworzenie wiarygodnych i spójnych kreacji. Oglądamy panie z krwi i kości, a jednocześnie damy, które lekko unoszą się nad ziemią, w tym sensie, że dźwigają one pewien wspólny nam wszystkim los. Zresztą u schyłku życia, które niekonieczne upłynęło tak, jak powinno było, a przeszłość zostawiła więcej aktywów ujemnych niż pocieszających. Matki pracowały przez całe życie, jak umiały, by zapewnić lepszy los swoim dzieciom, a tu córka wyrosła na chciwą i bezwzględną, pozbawioną uczuć materialistkę, a syn zaczął dorosłe życie od więziennej odsiadki.

Nasz film także stoi kobietami, więc przywołajmy aktorki, które go uświetniają. Madame Michelle gra Hélène Vincent, rocznik 1943, aktorka teatralna od czasu amatorskich przedstawień w paryskim liceum. Teatrowi poświęca i dziś największą uwagę, kandydowała bardzo poważnie do Nagród Moliera. A pozwala się też zobaczyć w licznych filmowych epizodach, odebrała nawet Cezara za jedną z takich ról, a także w telewizji.

Z kolei drugą madame, Marie-Claude, gra Josiane Balasko, córka jugosłowiańskiego właściciela bistro, który zmarł, gdy była nastolatką. Była wychowywana przez matkę i babcię. Od najmłodszych lat marzyła o karierze artystycznej. Najpierw zainteresowała się rysunkiem, uczęszczając do szkoły projektowania graficznego, następnie pisarstwem, tworząc opowiadania science fiction, a ostatecznie zdecydowała się na aktorstwo. Kiedy zajęła się aktorstwem profesjonalnie, stała się kobietą prezentującą na ekranie – jak pisała krytyka – antyseksualim. Była chłodna i mężczyznami manifestacyjnie niezainteresowana. Choć tutaj zobaczymy madame Balasko jako osobę ciepłą i empatyczną. Na ekranie często udziela się teraz w komediach. Sama także reżyseruje, mało tego: pisze sztuki teatralne i scenariusze, które sama przenosi na ekran. Ze zmiennym powodzeniem, ale zawsze.
A my w ich wykonaniu obejrzymy niespieszny protokół z życia dwóch starszych pań cieszących się jesienią życia na spokojnej burgundzkiej wsi. Tu przypomnimy, iż Burgundia to historyczna kraina – jak nie przymierzając nasza Wielkopolska – która leży w centralnej Francji, jej historyczna stolica to miasto Dijon. Burgundia słynie, o czym wszyscy zapewne słyszeli, z produkcji win, a pasmo uprawy winorośli ciągnie się od stolicy aż po Lyon na południu i mierzy 45 tys. hektarów. Wina uprawiane w środku tego pasa (tak zwane burgundy) są z zasady drogie, a często osiągają w gronie zamożnych smakoszy zawrotne ceny. W naszym filmie bohaterowie raz po raz raczą się winem – zapewne nie z tych droższych – nasuwa się wręcz przeświadczenie, iż rzadko w ogóle rozstają się napełnioną lampką. Tyle, że jest ona napełniona skromnie, że chodzi tu raczej o smakowanie, o pewien rytuał niż o cokolwiek innego. Ale miejsca starcza w Burgundii także na pola uprawne i lasy, które sobie za chwilę obejrzymy w jesiennej szacie. Kolory listowia nie są tu krzykliwe, owszem płomienne, ale raczej przygaszone, pastelowe, ściszone, dostosowane do tonacji codziennego życia starszych pań.
Tej roślinnej szaty jest tu sporo, raz po raz wypełnia ona ekran aż po ostatnią scenę. To las, ale niewielki domek pani Michelle także obrasta w pieniącą się roślinność, zarówno w chwasty jak i w dorodne dynie. I trzeba go wypielić i przyciąć na zimę, by rodził także w przyszłym roku. Poza tym ta roślinność przypływa, otacza nas, widzow. Niemal słychać, jak opadające liście dotykają leśnej ściółki. Jak pod stopami spacerowiczek łamią się patyki i zeschłe gałęzie, jak chrzęści przydeptywany mech. I dalej – słyszymy trzask polan, które płoną w kominku, kiedy Michelle czyta książkę. Zda się iż za moment naszych uszu dobiegnie szelest przewracanej stronicy. A cóż mówić o konsumpcji wspaniałych dań – jedno z nich okaże się pechowe, ale to nie zmienia ogólnego wrażenia. Ten dyskretny stukot i pobrzękiwanie sztućców sprawia, że ślinka sama cieknie. No i zastygający na szybach deszcz, jesienny deszcz, który tak uroczo wspiera jesień duszy, a ta błądzi tymczasem od przejściowych smuteczków w stronę całkiem poważnej depresji.
Film zaleca się więc subtelną melancholią, ledwie widoczną mgiełką, jaka raz po raz podnosi się w jesiennym lesie. Poza tym czas staje się kategorią względną – starsze damy bytują w „tu i teraz”, ale też mocno tkwią w przeszłości i troszczą się o przyszłość. Poza tym przetasowaniu ulega także ten i tamten świat. Zjawiają się duchy, a może tylko wysłannicy z tamtej drugiej strony. Dzięki temu pamiętamy – razem z paniami – że wszyscy jesteśmy zaproszeni, a niektórzy z nas są wezwani.
Nawet jeżeli starsze panie podejmują decyzje ważkie, być może decydujące o życiu, to i tak proces ten dokonuje się z poczuciem pewności i spokoju. Ten spokój przynosi przekonanie, że wszystkie najważniejsze rzeczy już się wydarzyły, ich wpływ na bieżące wypadki jest znikomy. Można co najwyżej próbować łagodzić co bardziej dojmujące skutki własnej przeszłości. Starość w tym filmie – w przeciwieństwie do wielu przesłodzonych obrazków kinowych na ten temat – nie jest porą rezygnacji. Nie odwołuje się do sentymentów i współczucia. Podeszły wiek nie jest domeną spokojnej, ustałej mądrości życiowej. To raczej pole minowe, po którym należy stąpać z wyczuciem, co i tak niewiele daje, gdy raz po raz wystrzeliwują niewygodne fakty z przeszłości. Rodzina nie jest tu wsparciem, nie jest w najmniejszym stopniu azylem. To raczej labirynt, którym bardzo trudno odnaleźć ten właściwy korytarz. Ta ambiwalencja przenika cały film: nic nie jest takie, jakie się wydaje. Ani sielankowa idylla nie jest niewinna, ani rodzinne uczucia nie są pewne.
Dwie starsze damy rozgrywają jednak swoje życie do końca. Tak jak wytrwale krzątają się każdego dnia wokół spraw domowych, tak też twardo podejmują ważkie decyzje, rozgrywają kolejne partie, jakie podsuwa bieżący dzień. Działają – popełniają błędy, modelują życie własne i innych, kłamią, ale nie ma w nich nic z przygnębiającego zaniku.
Cóż, oglądajmy, nasładzajmy się tym spokojem. Jak mówią na antenie pewnego bardzo popularnego radia – teraz i zawsze.
piątek, 10.10, godz. 18:00
sala kinowa KOK
wstęp wolny
Dobre Kino z Kotem 10.10.2025 „Kiedy nadchodzi jesień”
Podsumowanie dyskusji
Na kanwie filmu zastanawialiśmy się, czy do starości można się przygotować. Bo
zazwyczaj przychodzi ona niezauważenie i nie sposób wyznaczyć granicy, od której
się zaczyna. Poznajemy ją po tym, że coraz więcej wydajemy na lekarzy i lekarstwa.
Starość bowiem kosztuje – z każdym rokiem coraz więcej. Nie jesteśmy jednak bez
szans – możemy ją okiełznać, podporządkować sobie i rozgrywać z nią partię na
własnych zasadach. I tego się trzymajmy!