Przepis na szczęście - 20 lutego

„Przepis na szczęście" - Dobre Kino z Kotem

reżyseria: Amélie Bonnin

scenariusz: Amélie Bonnin i Dimitri Lucas

produkcja: Francja

Piątek 20 luty 2026 r., godz. 18:00,

sala kinowa KOK,

wstęp wolny

 

Mili Państwo,
witajcie raz jeszcze w lutym, kiedy to znajdujemy się na rozkosznej orbicie Amora. Wraz z całym zachodnim światem, do którego bezsprzecznie należy Kościański Ośrodek Kultury. Obejrzymy w związku z tym amorem film francuski pod tytułem „Przepis na szczęście”, choć uprzedzam, że wbrew polskiej wersji tytułu przepisu nie doczekamy się do końca. Bo po prostu coś takiego nie występuje w przyrodzie.

„Przepis na szczęście” był filmem otwarcia zeszłorocznego Festiwalu w Cannes. Polska premiera odbyła się 6 lutego tego roku. Otwarcie Festiwalu Filmowego w Cannes, jak zwykle, odbyło się w eleganckiej i dostojnej atmosferze. Wydarzenie naznaczone było wzruszającymi momentami, w tym hołdem złożonym śp. reżyserowi Davidowi Lynchowi. Temu samemu Lynchowi, który zakochał się w architekturze naszej fabrycznej Łodzi, choć nie zdążył w tych wnętrzach nakręcić filmu. Ponadto, podczas prezentacji przewodniczącej jury Juliette Binoche i wręczenia nagrody honorowej Robertowi De Niro wygłoszono przemówienia o silnym wydźwięku politycznym. Podkreślono odpowiedzialność artysty w obliczu obecnej sytuacji na świecie. Robert De Niro, powracający na festiwal 50 lat po swoim debiucie, zastanawiał się nad znaczeniem demokracji i podkreślał, że kino, w swojej istocie artystycznej, sprzyja inkluzywności i odrzuca wszelkie formy autorytaryzmu. Fabułę „Przepisu na szczęście” można zarysować bez obawy, że powie się zbyt wiele. Film opowiada historię Cécile, odnoszącej sukcesy paryskiej szefowej kuchni, która wraca do rodzinnego miasta po tym, jak dowiaduje się o niedawnych problemach zdrowotnych ojca. W domu spotyka się ze starymi przyjaciółmi, kłóci się z rodzicami i jest zmuszona do ponownego przemyślenia swojego życia.


Jeżeli chodzi o twórców, to przywołajmy dwie panie z ekranu. Juliette Armanet (rocznik 1984 r.), która gra główną bohaterkę, to jedna z najpopularniejszych współczesnych francuskich piosenkarek i autorek tekstów, często nazywana „nową ikoną francuskiej piosenki”. Jej styl muzyczny łączy tradycyjną piosenkę francuską (chanson) z nowoczesnym popem i disco. Oprócz uprawiania muzyki, Armanet coraz prężniej rozwija się jako aktorka. A filmem, który zobaczymy, debiutowała na ekranie. W 2025 roku wydała album/singiel „Partir un jour” (związany z francuskim tytułem dzisiejszego filmu) oraz klubowe remiksy tego utworu. Latem 2025 roku ukazało się oficjalne nagranie jej występu z ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Wykonała utwór Johna Lennona „Imagine”.


I druga dama, pani która w filmie gra matkę Cecile - Dominique Blanc (rocznik 1956 ). To jedna z najwybitniejszych i najbardziej utytułowanych francuskich aktorek filmowych i teatralnych. W swojej blisko czterdziestoletniej karierze zdobyła cztery Cezary oraz nagrodę dla najlepszej aktorki na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Od 2016 roku jest związana z Comédie-Française. W grudniu 2025 roku ogłosiła jednak, że z końcem sezonu (to lipiec 2026) opuszcza tę prestiżową instytucję. Cóż, emerytura.

Miłości w tym filmie jest wiele, choć nie zawsze w znaczeniu romansowym. Miłość to jest to, co łączy dwoje rodziców bohaterki już oczywiście w latach, po przejściach i perypetiach oraz w trakcie kolejnych przejść i perypetii. Czego nie zmienia nawet miły i uparty wariatuńcio, jakim jest Tato. Jest także miłość do starych kumpli, do dobrego towarzystwa, miłość do beztroskiego wygłupu. To także miłość Cecile do rodzinnych stron, przywiązanie do psa, który wiele lat już jest w rodzinie. Jest to rodzaj miłej, pogodnej akceptacji.


Sporo się tu śpiewa, ale film nie jest tradycyjnym musicalem. Nie ma tu numerów muzycznych, które zatrzymują akcję, ani postaci, które wpadają na scenę z kwestiami mówionymi, by popchnąć fabułę do przodu. Nie ma tu rozbudowanych choreografii ani wizualnych efektów. Śpiew wydobywa się tu z duszy, francuskie hymny muzyki pop – wyłaniają się naturalnie, tak jak są obecne w życiu codziennym: w radiu samochodowym, na rodzinnej kolacji, podczas pijackiej nocy z wygłupami w stylu karaoke. Piosenki pełnią funkcję kapsuł czasu. Jest coś głęboko francuskiego – i głęboko ludzkiego – w tym sposobie przekształcania popkultury w, nazwijmy to, emocjonalne archiwum. A kiedy śpiew się rozbrzmiewa, nie jest to tylko znajoma francuska melodia popowa, ale historia pojednania z przeszłością, z rodzicami, z ziemią i z samym sobą. Gdy Cecile wraca do domu, te eksplozje muzyki podążają za nią. Są na przemian zabawne, odkrywcze, rozdzierające serce i dziwaczne. Nawet napisy końcowe uwydatniają się niczym teksty piosenek w karaoke. Świat jest sceną, nawet jeśli nie wszyscy jesteśmy aktorami. Poza tym - trzeba specjalnych umiejętności, by grać i śpiewać w sposób celowo niezdarny. Posłuchajmy, jak obecna żona dawnej sympatii szkolnej Cecile śpiewa swoje wyznanie. Śpiewająco przyznaje się do tego, że nigdy nie była niczyim pierwszym wyborem, choć wyszła za chłopaka, o którego wszystkie rywalizowały. Oczywiście, okazuje się, że ten chłopak nigdy nie wyrósł na mężczyznę, a ich życie nigdy nie opuściło małej dzielnicy, w której się zaczynali.

Los Cecile jest głęboko francuski. Przypomina los bohaterów powieści Honoriusza Balzaka, który opowiadał chętnie o prowincjuszach próbujących się przebić w Paryżu i o tym jaka jest przepaść między francuską prowincją a z stolicą. Pisarz analizował drobiazgowo, co się przez to zyskuje, a co się traci. Każdemu wykształconemu Francuzowi, a i Polakowi też natychmiast nasuwają się "Stracone złudzenia". To tytuł dzieła Honoriusza Balzaka, które stanowi centralny punkt jego cyklu „Komedia ludzka”. Brutalnie szczery portret XIX-wiecznego Paryża. Śledzimy losy Lucjana Chardona – młodego, przystojnego poety z prowincji, który marzy o sławie i salonach. Rzeczywistość szybko weryfikuje jego naiwność. Lucjan odkrywa, że literatura i dziennikarstwo to czysty biznes, w którym recenzje są na sprzedaż, a talent liczy się mniej niż znajomości. Aby przetrwać i zabłysnąć, bohater porzuca swoje ideały, co prowadzi go do tragicznego finału. Nasza bohaterka zmierza w kierunku odwrotnym – z Paryża na prowincję. Powrót Cécile jest nie tylko osobisty, ale i symboliczny: to powrót do dawnej klasy społecznej, krajobrazu, języka emocji. Na ekranie pojawia się zapomniana Francja – Francja wsi, przydrożnych knajpek, skromnych historii – Francja, która rzadko pojawia się w narracjach współczesnych. Chociaż podobną Francję można zobaczyć nawet we francuskim metrze - tu nie uświadczysz mężczyzn w garniturach, za to zobaczyć można wszystkie kolory i odcienie skóry oraz wszystkie języki świata.

Film wpisuje się w coraz bardziej widoczny trend we współczesnym kinie francuskim: w intymnych, przepełnionych czułością opowieściach, które starają się przywrócić emocjonalną godność w życiu codziennym. To niby romans, który - gdyby pytać o definicję gatunku sztucznej inteligencji - celowo odrzuca wszelkie pewne i jasne odpowiedzi. Zamiast tego, lądujemy na tym samym rozdrożu, na którym zaczęła się historia, niepewni, dokąd pójdziemy dalej. A piosenki - cóż: dają nam chwilową ulgę, ale nie są rozwiązaniem. Wszyscy grają kartami, jakie dostali, albo śpiewają piosenki, na jakie ich stać, bez narzekania. W świecie, w którym wszystko domaga się cynizmu lub szokowania, film, który odważa się mówić o miłości rodzinnej, o korzeniach i czułości bez obawy przed śmiesznością, zasługuje na uznanie. „Przepis na szczęście” nie aspiruje do miana arcydzieła. Aspiruje do bycia azylem. To film, który nie musi podnosić głosu, żeby zostać usłyszanym. Film oferuje wrażliwy, melodyjny i głęboko poruszający mikroświat. Wybór musicalu pozbawionego krzykliwości, w którym piosenka staje się wspólnym wspomnieniem, przypomina nam, że kino może również leczyć, godzić i oferować towarzystwo. A rodzinna restauracja, z jej zwyczajami i lojalną klientelą, staje się mikrokosmosem kraju. Pani reżyser filmuje swoich bohaterów z szacunkiem i miłością. To kino wyczulone na niuanse, zawsze gotowe do słuchania. Kamera prezentuje stonowany styl. Kadrowanie jest precyzyjne, ale nie sztywne; kamera obserwuje, a nie podkreśla. Scenografia faworyzuje realizm: kuchnie oświetlone jarzeniówkami, na wpół puste place i zachmurzone niebo. To kino, które opiera się na obserwacji, a nie na spektaklu, na doznaniach zmysłowych, a nie na dosłowności.

Zobaczymy także jak kuchnia dla Francuzów jest ważna w każdym detalu, aż po zegarmistrzowsko starannym ułożeniu potrawy na talerzu. O kuchni ze znawstwem i z pasją potrafi rozmawiać nawet kierowca ciężarówki. Kuchnia bywa pasją i obsesją, jak w przypadku owej, szefowej restauracji, która szykuje się na wielkie otwarcie. Kiedy przyjeżdża do prowincjonalnej jadłodajni, którą prowadzą rodzice, jest to dla niej skok w odmęty z samych szczytów sztuki kulinarnej. Mamy tu także drobną aluzję do kuchni polskiej. Otóż Francuscy smakosze raczą się tym, czego u nich nie ma, a już na pewno nie w topowym kulinarnym programie telewizyjnym. Mianowicie jest flaszka z Polski. Może nie jest specjalnie wykwintna, ale za to mocno uderza do głowy.

Jak więc w sumie oglądać tak nieoczywisty obrazek. Otóż proponują oglądać go – na paluszkach...

 

Podsumowanie dyskusji:

Film „Przepis na szczęście” zupełnie niespodziewanie (dla publiczności) wywołał u jednego z panów nostalgiczne wspomnienie paryskiej miłości sprzed lat. Gratulujemy i zazdrościmy. Wydaje się, że poczuliśmy się nieco zagubieni w tym miłosno-gastronomicznym labiryncie. Bo – poza wszystkim – ta Francja z prowincji, ze swoim obyczajem, swoją kuchnią jest dla nas nieznana i egzotyczna. Wymaga czasu, by się z nią oswoić. Jeżeli gada się ot, tak, to tylko: „Parole, Parole, Parole…”