Stan wyjątkowy - 12 grudnia

 

 

"Stan wyjątkowy'' - Dobre Kino z Kotem 


reżyseria: Ali Abbasi
scenariusz: Gabriel Sherman
produkcja: 
USA, Kanada, Dania, Irlandia

Piątek 12 grudnia 2025 r., godz. 18:00,
sala kinowa KOK,
wstęp wolny

 

Mili Państwo,

mamy dzisiejszego wieczoru przyjemność z czeską farsą z poważniejszym jednakowoż przesłaniem, bo samej pustoty byśmy nie zdzierżyli. Nawet, mimo iż panuje zachęcający do fars sezon o nazwie handlowej „Christmas”. Rzecz nazywa się „Stan wyjątkowy” i pochodzi z zeszłego roku.

 

Na ekran trafiła podobną drogą, jaką na ekran trafiają podobne sztuki także w Polsce. Jeżeli farsa odnosi sukces w teatrze, to raz po raz przenosi się taką na ekran, w przekonaniu, że sprawdzi się również w kinie. No i co tu dużo mówić — zgarnie sporo pieniędzy. Wcześniej takie farsy objeżdżają sale wynajmowane w całym kraju. Aktorzy, bardzo chętnie znani publiczności z seriali telewizyjnych, grają po dwa przedstawienia dziennie. Nie chodzi tu zazwyczaj o nic innego, o jednorazówkę na weekend. Że charakterystyka postaci bywa niespójna, nikt się nie dziwi. Czasami wygląda na to, że postacie cierpią na zaburzenie osobowości. Nie szkodzi, farsa zniesie wszystko. Poza tym – jak to w farsie — obserwujemy serię skeczy na różne tematy. Z tym nieśmiertelnym: żona lub mąż wracają wcześniej do domu. Oglądałem w całej Polsce dziesiątki tego typu przedstawień, a za najlepsze uważam rzecz brytyjską pod tytułem „Okno na Parlament”, komedię pomyłek, którą widziałem w Rzeszowie. A za spektakl najbardziej twórczy – przedstawienie w Płocku. Sztuka jak sztuka, ale ognia dodawało jej to, iż Stefan Friedman, ówczesny dyrektor i aktor, na scenie był dość poważnie pod wpływem, zapominał roli, a nawet nie bardzo pamiętał, o co chodzi w całej sytuacji. Jedna z aktorek zachorowała i zastępowała ją koleżanka, a że nie zdążyła nauczyć się tekstu, mówiła kwestie z zupełnie innej sztuki, na kompletnie inny temat. Inna aktorka, widząc to i słysząc dostawała nieopanowanych ataków śmiechu. Odwracała się nagle tyłem do publiczności, a ramiona jej się trzęsły, zaciskała szczękę. Wszystko na nic. Widzowie, domyślając się, że na scenie dzieje się coś śmiesznego, czego oni nie chwytają, śmieli się razem z nią. Wierzcie mi Państwo, dawno tak się nie bawiłem, aż nie chciało się wychodzić z teatru.

 

 

Ale wracamy do naszego „Stanu wyjątkowego”. Poznajmy twórcę. To Jan Hřebejk, rocznik 1967, urodzony w Pradze. Studia — na FAMU, w słynnej praskiej uczelni filmowej, gdzie studiował scenopisarstwo i dramaturgię. Tak jak – przykładowo – nasza pani reżyser, by się nie wyrazić niezręcznie: reżyserka Agnieszka Holland. Od początku kręcił krótkie komedie, w których Czesi pod komunistycznym panowaniem próbowali dać sobie radę z wpływami Zachodu. Przełom w jego karierze nastąpił jednak dopiero w 1993 roku, kiedy nakręcił swój pierwszy film fabularny „Bigbitowe lato”. Oto Praga, rok 1959. W dość stereotypowe życie dwóch rywalizujących ze sobą podwórkowych band wkracza outsider o ksywie Bejby, wywracając to życie do góry nogami. Wraz z Bejbym przychodzi nieznana dotąd nikomu muzyka, czyli rock 'n' roll.  Ów musical – bo i starych piosenek było tam sporo — stał się najpopularniejszym filmem roku, przynosząc Hřebejce Czeskiego Lwa i ogromne uznanie publiczności. Każde jego kolejne dzieło jest w Czechach z niecierpliwością oczekiwane. I sama farsa. Oto mąż, dziennikarz, jest na delegacji służbowej w którymś z krajów arabskich, więc bardzo daleko, a żona świetnie bawi się na imprezie. Do tego stopnia świetnie, że sami balowicze wyrażają zaniepokojenie sytuacją z serii: kiedy kota nie ma, myszy harcują. Na wysuniętej placówce jest dość nudno, a jego wyobraźnia spod znaku Otella, pracuje na coraz wyższych obrotach. Podejmuje decyzję – ostatecznie nic się nie stanie, gdy się urwie do domu i zagraniczne korespondencje będzie nadawał z kamienicy w Pradze. I tak nikt tego nie słucha. Karel ma tak dalece we krwi treść i sposób podawania korespondencji zagranicznej, że może to robić gdziekolwiek, a słuchaczom ani redaktorom i tak nie przeszkadza to pustosłowie. Zwłaszcza że to maleńkie arabskie państewko naprawdę w Czechach nikogo nie obchodzi. I to, co ma do powiedzenia on sam, jako korespondent zagraniczny, też nikogo nie obchodzi. Jest rzemieślnikiem od czarnej, dziennikarskiej roboty. Tacy ludzie wprawdzie są potrzebni, nawet konieczni, ich pracy jednak nikt nie dostrzega, nie mówiąc, żeby ktoś doceniał. Na nieszczęście dla Karela, na jego odcinku, wybuchła właśnie rewolucja. Do tego może już nie wystarczyć podglądanie sytuacji w kraju poprzez telewizję CNN. Korespondent jest specjalistą od konfliktów zbrojnych, w dodatku przez całe życie pracuje w dźwięku, i rozumie, że właśnie dźwięk jest najważniejszy w przekazie radiowym, więc będzie próbował go zasymulować. Do tego należy dodać i to, że jest metodyczny i zorganizowany. Jest w tym tak przekonujący, że zaimponował nawet przyjacielowi żony z owego arabskiego Kamburu. Żeby, że było, że sytuacja jest zmyślona i nieprawdopodobna, sięgnijmy do historii. Jednym ze sposobów pokazywania filmów były w Stanach Zjednoczonych w latach 20. minionego wieku seanse dla niewidomych. Zlikwidowano je jednak, ponieważ widzowie – to słowo wyjątkowo niestosowne w tym przypadku — na podstawie samych wrażeń słuchowych dobiegających z ekranu i opowiadania narratora. Ten objaśniał, co film pokazuje w danym momencie, a oni reagowali wręcz histerycznie na sceny, których odgłosy słyszeli, a które wcale nie powinny generować aż takiego przerażenia. U niewidomych najwidoczniej wyobraźnia pracowała tak intensywnie, że nie wytrzymywali naporu wrażeń. 

 

 

Historia, zresztą jak najbardziej prawdziwa, zna sytuację podobną sytuację. Otóż 30 października 1938 roku słuchowisko pod tytułem „Wojna światów” w reżyserii Orsona Wellesa wyemitowane przez rozgłośnię NBC wywołało panikę w Stanach Zjednoczonych. Orsona Wellesa znamy dzisiaj jako reżysera filmu „Obywatel Kane”, wielu twierdzi, że najbardziej wybitnego w całej historii kina, a także thrillera „Trzeci człowiek” i innych wybitnych dzieł. Pod koniec lat trzydziestych był jednak jednym z zaledwie obiecujących amerykańskich aktorów młodego pokolenia i na początek nagrywał audycje radiowe. Spodobała mu się forma słuchowiska radiowego i postanowił rozwinąć ten gatunek. Był obdarzony niezwykłą wyobraźnią, kreatywnością i lubił prowokować. Przenosił do radia „Drakulę”, „Wyspę Skarbów”, „Hrabiego Monte Christo” i inne podobne klasyki. Wszystkiego jednak było mu mało. Kolejne słuchowisko oparł na powieści „Wojna światów” brytyjskiego pisarza Herberta G. Wellesa. Utwór pochodził jeszcze z roku 1898 i opowiadał o inwazji Marsjan, którzy rozpoczęli masakrę mieszkańców Londynu, wypuszczając trujący gaz. Wszyscy tę powieść znali, więc nie rokowała, iż zgarnie szersze grono słuchaczy. Po prawdzie — audycja była z góry spisana na straty. I wtedy Welles zdecydował, że przekaże jej treść, ale nie jako sprawozdanie z lektury, ale w konwencji reportażu i wiadomości przekazywanych na żywo. Przeniósł także akcję bliżej słuchaczy z Londynu do stanu New Jersey. Nadano ją wieczorem 30 października tuż przed halloweenem. Miał to być taki radiowy żart z okazji święta duchów. Początek audycji polegał na tym, że przerwano występ zespołu muzycznego wiadomością o eksplozjach na Marsie. Skutkiem tego w stanie New Jersey miał spaść meteoryt z Marsjanami. No i teraz reporterzy nadawali kolejne komunikaty z miejsc rzekomej inwazji oraz wywiady z rzekomymi świadkami, którzy mieli uwiarygodnić całą sytuację. W tle słychać było dźwięki policyjnych syren, eksplozji, okrzyki tłumu, salwy artyleryjskie. Wszystko w dramatycznym tonie. Podobnie jak wypowiedzi oficerów, którzy na bieżąco relacjonowali działania wojska skierowane przeciwko Marsjanom. Kiedy łączność się rwała, w eterze następowała złowróżbna cisza. Narracja brzmiała na przykład tak: „Teraz pierwsza maszyna dociera do brzegu. Stoi i patrzy na miasto. Jej stalowa głowa jest równa drapaczom chmur. Czeka na pozostałe. Wznoszą się niczym rząd nowych wież po zachodniej stronie miasta. Teraz podnoszą swoje metalowe ręce. To już koniec. Czarny dym unosi się nad miastem. Ludzie na ulicach, biegną w stronę East River. Tysiące z nich wpada w wodę jak szczury. Dym rozprzestrzenia się szybciej, dociera do Time Square”. I tak dalej. Prasa podawała później, że w trakcie audycji ludzie wybiegali z domów na ulicę, gromadzili się na chodnikach i spoglądali w niebo. To wydarzenie stało się cezurą w rozwoju mediów elektronicznych. Amerykański psycholog Albert Hadley w 1940 roku opublikował obszerną analizę pod tytułem „Inwazja z Marsa. Studium psychologii paniki”. Stwierdził w niej, że w panikę wpadło wówczas prawie milion słuchaczy, głównie ze Stanów Nowy Jork i New Jersey. Późniejsze badania poprawiły te wskaźniki i ustaliły, że panice uległo wtedy aż 6 milionów ludzi. W pół wieku po emisji audycji nagranie zostało uznane przez Bibliotekę Kongresu USA za dziedzictwo amerykańskiej kultury. A sam Orson Welles zakończył swój popis radiowy słowami: „Mówi Orson Welles. To jest tylko radiowa wersja przebrania się w prześcieradło, wyskoczenia zza krzaka i powiedzenia bo-o-o-o”. Ale wówczas to jemu publiczność nie chciała wówczas wierzyć, bo miał rzekomo powiedzieć coś, uspokajającego na polecenie przerażonych władz. Przywołuję tę opowieść, ponieważ my poszliśmy znacznie dalej, w dobie fake newsów pojawiających się co dzień i gdzie się tylko da. Chcecie Państwo zobaczyć, jak to się robi? Zapraszam na seans.

Podsumowanie dyskusji:

Czeska farsa usposobiła nas pogodnie, co w perspektywie coraz bliższych Świąt jest mocno pożądane. Przypomnieli Państwo to, o czym myślał też prelegent, a więc scenę pozorowania dźwięków na potrzeby radia z filmu „Skarb” jeszcze z 1948 roku. A także odpowiedź Kabaretu Moralnego Niepokoju na tego klasyka. A stąd już prosta droga do życzeń, które tu ponawiam: na Święta sytości ducha i ciała. A co do przyszłego roku – żeby się przynajmniej pomyślnie zaczął. Do zobaczenia w styczniu!